poniedziałek, 13 listopada 2017

Wybrańcy: najlepsze podkłady dla skór mieszanych


Postanowiłam ruszyć z serią "Wybrańcy", która co jakiś czas będzie uaktualniana o nowsze, ulubione pozycje. Na pierwszy rzut lecimy z podkładami, które (żeby było jasne) najlepiej sprawdzają się na mojej skórze i mogą okazać się drogowskazem dla tych z Was, które szukają ideałów.

Moja skóra dość poprawnie opisana jest w zakładce na górze strony, ale żeby nie trzeba było tam wchodzić, powtórzę. Czasem bezproblemowa, czasem bardzo problematyczna, zdarza się, że jest idealna jak porcelana, a nadprodukcja sebum pojawia się po sześciu godzinach, jednak częściej przetłuszcza się po czterech i mam coś do zakrycia. Bywa cudownie miękka, nawilżona, ale też sucha, z dosłownie odpadająca skórą. Także... Mieszanka wybuchowa.


Zacznijmy od mojego wszechulubieńca, czyli Color Clone Heleny Rubinstein. Podkład stary jak świat, w dobrym tego słowa znaczeniu. Przed kupnem czytałam o nim wiele i wręcz pragnęłam, ale cena... Około 250 zł straszyła. Zawsze boję się, że produkt u mnie się nie sprawdzi i kasa pójdzie w błoto. A ćwierć tysia, sporo. Oczywiście, zawsze można wziąć próbkę, ale nigdy mnie to nie bawiło. Chodzenie i proszenie, żeby nałożono mi tyle, bym chociaż na dwa razy miała... Wszystko zmieniło się, kiedy zaczęłam pracować w perfumerii. Sama wzięłam sobie próbkę i mogłam na spokojnie przetestować podkład. I stała się światłość. Już po pierwszym użyciu wiedziałam, że to jest TO! Krycie bardzo dobre, niemal pełne, wykończenie w stylu "druga skóra", ani nazbyt świetliste, ani matowe. Trwałość? Po ośmiu godzinach praktycznie idealnie. Ani nic się nie warzy, ani nie włazi w pory, ani nie ściąga, ani nazbyt nie błyszczy. No, ale... Najjaśniejszy odcień, czyli 13 jest spokojnie dwa tony dla mnie za ciemny. Jak żyć? Z pomocą przychodzi Mixer z NYX i wszystko jest już jak być winno! Od niemal roku niekwestionowany zwycięzca. Nie wiem, czy kiedykolwiek znajdę coś lepszego od Color Clone!

Ale jak wiemy, Color Clone to nie jedyny podkład, który trafił do Wybrańców. Nie bez przyczyny!


Kolejna propozycja jest rodem z Azji. Ideał na dni, kiedy moja skóra jest przesuszona, a potrzebuję co najmniej dobrego krycia. Mowa o Power Perfection marki The Face Shop. Kolor na pierwszy rzut oka wydaje się być szarawy i dla osób z typową żółtą karnacją może okazać się zbyt neutralny. Ja czuję się w nim naprawdę dobrze i nie muszę z niczym mieszać. Tak, jak wspomniałam - używam go, kiedy moja cera nie jest w najlepszej formie, a chciałabym przykryć wszystko, co psuje harmonię i do tego nie martwić się o makijaż po trzech godzinach. Często jeździ ze mną na jakieś spotkania, przed którymi maluję się w pociągu i nie mam czasu na rozjaśnianie podkładu. Kryje lepiej, niż większość podkładów, mimo że to krem BB. I trwałość ma lepszą. Do tego wysoki filtr sprawia, że możesz czuć się bezpieczna na zewnątrz. Azja górą!



Mamy kolejny, polski akcent - Lirene. Ale tylko w duecie! Co mam na myśli? To, że dopiero razem tworzą coś świetnego, dobrego dla mnie i mojej skóry. Stay Cover jest dla mnie zbyt ciężki, a No Mask zbyt odżywczy i lejący. Po wymieszaniu w proporcji mniej więcej 1:1 wytwarza się podkład o konsystencji lekkiego kremu, bombowym kryciu, właściwościach nawilżających i silnie wygładzających. To moja ukochana mieszanka podczas tworzenia lipartów, kiedy to muszę skórę mieć bez skazy, by nie psuła efektu. Efekt wow gwarantowany! W wykończeniu jest satynowy, nie musi zostać przypudrowany, bo zastyga (ale nie na cement!). Myślę, że ten miks może być fajną propozycją na wielkie wyjścia, a nie zedrze portfela jak Helenka. Mimo tego nie obędzie się bez minusów... Kolorystyka niestety bardzo słaba. O ile No Mask nie jest zły, to w mieszance ze Stay Cover konieczne dodanie jest Mixera z NYX. Znów. Ale wybaczam. Jakość broni się sama!



I ostatnia pozycja na mojej liście. Klairs i ich Illuminating Supple Blemish Cream z SPF 40. Najmniej kryjący kosmetyk z tej gromadki, ale z jakiegoś powodu tu jest. Uwielbiam za przepiękny odcień - jasna, neutralna wanilia. Dla największych bladziochów. Krycie określiłabym jako średnie. Idealnie wyrównuje koloryt skóry, zakrywa mniejsze niedoskonałości. Z tymi o mocnej pigmentacji do końca sobie nie poradzi, więc wybieram w dni, kiedy moja skóra ma się dobrze. Przepięknie trzyma sebum w ryzach i jest po prostu trwały. Na początku nie sądziłam, że polubimy się aż tak, a jednak. Wykończenie ma dość świetliste, ale te zawsze reguluję sobie pudrem, w zależności od humoru i chęci. Tym produktem marka Klairs niesamowicie zachęciła mnie do dalszych testów ich kosmetyków. Już niedługo...


I tak własnie wyglądają moi podkładowi wybrańcy. Jestem ciekawa, czy znasz moje propozycje i co sprawdza się u Ciebie najlepiej. Nie zapomnij dopisać swojego typu skóry. To robi różnicę!
utf