wtorek, 30 maja 2017

Akcent na usta z przydymioną kreską


Nie jest żadną tajemnicą, iż jedną z moich topowych makijażowych marek jest Marc Jacobs Beauty - marka faceta, który zaskakuje nietuzinkowymi produktami, formułami oraz opakowaniami. Faceta, który nie boi się być na widelcu i wnosić innowacji do urodowego świata. Jeśli jeszcze nie udało Ci się poznać produktów tejże marki, musisz koniecznie przeczytać ten post, ale wszystko robisz na własną odpowiedzialność, bo podejrzewam, że załączy się chciejstwo!
Dziś zajmiemy się produktami, których użyłam w tym minimalistycznym makijażu, a które robią naprawdę sporą różnicę w efekcie i trwałości, bo przecież to o efekt nam chodzi.

Zacznę od początku, czyli bazy kokosowej Undercover. Co tu dużo mówić - produkt gwiazda, który i u mnie się sprawdził! Po pierwsze - przepięknie pachnie. Nie do końca jest to zapach kokosa, aczkolwiek bardzo zbliżony i przyjemny dla nosa. Po drugie - świetnie nawilża skórę i dlatego można potraktować ją dwojako. Osoby z suchą cerą mogą spokojnie nałożyć kosmetyk dokładnie jak bazę, czyli na swoją pielęgnację, zaś te z cerą przetłuszczającą się mogą (lecz nie muszą) odpuścić sobie krem na strefach problematycznych i zastosować ją solo. Po trzecie - nie jest to typowa, silikonowa baza. Jest lekka, lejąca i nie daje wrażenia skóry, którą okryto folią, a mimo tego dobrze radzi sobie z jej wygładzeniem. Po czwarte - ma eleganckie opakowanie, które mnie, jako estetkę, łapie za serce. No, oprzeć się nie mogę!

Baza Undercover to produkt naprawdę uniwersalny. Stosowana bez późniejszego nałożenia podkładu nawilży, wyrówna strukturę skóry oraz rozświetli ją. Nałożona pod podkład, przedłuży jego trwałość oraz sprawi, że będzie on wyglądał naturalniej. Do tego można spokojnie mieszać ją z produktami, by pozyskiwać nowe konsystencje i wykończenia. Ogranicznikiem jest tylko i wyłącznie nasza wyobraźnia.


Kolejny, górnolotny produkt od Marca, którym wspomogłam się tworząc ten look, to nic innego jak Highliner w odcieniu opalizującego brązu o wdzięcznej nazwie Ro(cocoa). Na mojej powiece, przy gejszowej wręcz karnacji wypada dość ciemno, ale nie przeszkadza mi to. Z chęcią stosuję go właśnie na dolnej powiece, kiedy mam ochotę trochę mocniej podkreślić to oko, ale nie bawić się w żadne tusze, które nie mają u mnie racji bytu na dolnych rzęsach. O Highlinerach pisałam już niejednokrotnie i jeśli pierwsze o nich słyszysz, polecam zapoznać się z postem ich dotyczących. To najlepsze kredki świata! Można je rozetrzeć, ale gdy już zastygną... Płacz, kąp się, idź na basen, stań w deszczu. Nic ich nie ruszy! Do tego odcienie są tak odmienne od tego, co serwuje konkurencja. Myślę, że w tej inności Marc Jacobs Beauty znalazłam część siebie i dlatego tak silnie utożsamiam się z marką. Mając dwadzieścia dwa lata nadal potrafię ubrać się w bluzę z działu dziecięcego, a na twarz nałożyć fioletowy rozświetlacz lub granat na usta.


Głównym bohaterem tego makijażu (jak doskonale na zdjęciach widać) jest przepiękna pomadka Le Marc w odcieniu So Sofia. Nie ukrywam - sądziłam, że będę w niej wyglądała, nooooo, średnio, aczkolwiek nie zraziłam się przed pierwszym użyciem. Wzięłam to na klatę i okazało się, że Zosia będzie pomadką tego sezonu! Zanim przejdę do opowieści, to wspomnę, iż w opakowaniu wygląda na coś między różem, czerwienią, a oranżem, a u mnie na ustach wybija się czerwień z domieszką niebieskości, także...
Jeśli chodzi o pomadki z serii Le Marc - przetestowałam wiele, wiele odcieni, ale jedno pozostaje niezmienne - naprawdę je lubię! Są kremowe, silnie napigmentowane, trwałe, gładko suną po ustach, i co dla mnie niezmiernie ważne, nie wysuszają warg tak, jak inne pomadki, zachowując zbliżoną trwałość. Do tego dorzucę również info o tym, że opakowanie zatrzaskuje się na magnes, więc nie ma szans, by otworzyło się samoistnie w czeluściach torebki.



Jestem posiadaczką dwóch odcieni z serii Le Marc, ale to na pewno nie koniec. Przede wszystkim marzy mi się ta w odcieniu Willfull, którą nazywam (dosłownie) pomadką życia, bo wprost odzwierciedla mój charakter oraz Slow Burn - ten najczęściej wyprzedany i pełen sprzeczności ze względu na lekko szarawe tony, ale niesamowicie ciekawy!



 Aha! Na górnych rzęsach można dojrzeć również maskarę O!Mega Lash, której używam, kiedy nie mam ochoty na mocno podkreślone oko, a zależy mi jedynie na delikatnym ich pogrubieniu. Jeśli szukacie efektu dramatycznego, polecam zaznajomić się z Velvet Noir. Jeszcze nikt po jej wypróbowaniu nie powiedział mi, że nie jest tak dobra, jak mówiłam. Jest to moja ulubiona maskara, którą odnalazłam po wielu, wielu niewypałach, jak Armani Eyes to Kill, który odbijał się i kruszył w ciągu dnia, niezależnie, co miałam na powiece. Choć efektu na rzęsach odmówić mu nie mogę. Był zbliżony do Velvet Noir, ale ten zdecydowanie u mnie wygrywa i szukać nowości w tej dziedzinie na pewno w najbliższym czasie już nie będę!


Ufffff! Mam nadzieję, że dobrnęłaś do końca i teraz dasz mi znać, jaki produkt od MJ posiadasz, jaki testowałaś, a może jaki chcesz mieć!?
utf