czwartek, 16 lutego 2017

Ulubieńcy roku 2016, kolorówka


Pora rozkręcić to miejsce, bo zaczęło sobie umierać... Wiesz. Sesja i te sprawy. Studenckie życie. Miesięczny detox czas zakończyć. Trzeba zacząć żyć.
Jako, że luty już mnie zastał, to chyba ostatni moment na ulubieńców kolorowych ubiegłego roku. Wybór mam ogromny, ale ograniczę się do kosmetyków, które naprawdę złapały mnie za serducho. Bo przecież chyba o to chodzi?

Niekwestionowanym hitem i podkładem, który zachwycił mnie do granic możliwości jest Color Clone od Heleny Rubinstein. Nie sądziłam, że kiedykolwiek znajdę tak dobry podkład! No, dobra. Miałam taką nadzieję, ale z każdą kolejną próbą utwierdzałam się, że ideałów nie ma. No i w sumie nie ma, ale to produkt, który w 90% spełnia moje oczekiwania. Wygląda jak druga skóra, wygładza ją, nie zbiera się, potrafi przetrwać 11 godzin w naprawdę dobrym stanie, ale! Kolorystyka jest tak beznadziejna, że ciężko mi w to uwierzyć... Mam najjaśniejszy odcień, 13. I ten oto odcień jest jakieś 2 - 3 tony za ciemny. Początkowo radziłam sobie z tym, mieszając z korektorem tej samej marki, ale to było średnio ekonomiczne. I w ten sposób przejdźmy do kolejnego ulubieńca...


Którym jest oczywiście biały Mixer z NYX. Pigment ten uratował relację z wyżej wymienionym podkładem. Co najważniejsze - nie zmienia właściwości produktu, zmienia jedynie jego poziom jasności. Jestem niesamowicie zadowolona, że mamy coś takiego na rynku, gdyż to nie lada pomoc dla bladziochów, ale także zawodowych wizażystów. Będąc w stolicy z pewnością zakupię jeszcze inne odcienie, abym mogła stworzyć podkład idealny.



Jeśli korektor, to tylko Magic Concealer Heleny Rubinstein! Próbowałam zmienić go na siłę, ale to nie ma sensu... Jest niemal bezbłędny! Nadaje się i pod oko i na niedoskonałości. Kryje silnie, ale przy tym nie daje efektu ciasta, czy maski, co nie jest normą przy innych produktach. Cudownie rozświetla. Nie wiem, czy istnieje dla mnie lepszy kosmetyk w tej dziedzinie, ale na razie nie zamierzam się przekonywać!





Rok 2016 to był rok testowania pudrów. Na szczęście skończyło się nieźle, bo znalazłam i coś pod oczy i na całą twarz. Tym pierwszym produktem jest sypki puder transparentny Shiseido, który naprawdę nie ma sobie równych. Jest tak miałki i delikatny, że ciężko to opisać słowami. Idealnie sprawdza się na te delikatne okolice, lecz totalnie nie daje rady na mojej mieszanej cerze, za co naprawdę początkowo byłam wściekła. Nie mniej jednak, pod sam koniec roku znalazłam coś tak dobrego, że foszek mi przeszedł. Universelle Libre, Chanel. I tyle w temacie... Takiego Photoshopa na buzi to żaden puder mi jeszcze nie zrobił. Skóra po jego aplikacji staje się gładka, zmatowiona, lecz nie płasko. I taka promienna. Świetnie radzi sobie z trzymaniem sebum. Do tego zapach produktu za każdym razem umila mi aplikację. Bardzo długo broniłam się przed produktami Chanel i nie będę ukrywała - nie każdy mi pasuje, ale jest też wiele perełek, które zmieniły moje podejście do ów marki.



No i właśnie w poprzednim roku moje wewnętrzne "ja" zrozumiało, że chłodne odcienie, to moje odcienie. Wyrazem zmiany jest paleta Marc'a Jacobs'a o nazwie The Tease. Genialna kolorystyka dla chłodnych oraz neutralnych typów urody! Cienie są silnie napigmentowane, a blendują się jak masełko. Różnorodność wykończeń pozwala stworzyć przy pomocy tej palety naprawdę różne look'i. Brakuje mi w niej jedynie najzwyklejszego, beżowego cienia. Tak po prostu. Ale to tylko moje widzimisię.

Jeśli cienie, to i baza pod nie. W tym roku zwycięzcą jest Shadow Insurance marki Too Faced. Sprawia, że kolor jest bardziej widoczny, a sam cień utrzymuje się od nałożenia do zmycia w stanie niezmienionym. Moja miniatura powoli dobija dna, ale chyba ponownie do niej wrócę. Jestem z niej naprawdę zadowolona.



Jak ja mogłam żyć bez brązera?! Tyle lat! Dopiero skutecznie przekonała mnie do tego słynna Laguna z Narsa, która jest bezbłędna. I do konturowania i do ocieplenia i jako cień. Nie da sobie zrobić nim krzywdy, a rozciera się sam. Najlepiej sprawdza się na dość jasnych cerach, ponieważ nie jest "demonem ciemności", ale akurat mi to odpowiada. W końcu ktoś pomyślał o córkach młynarzy!

Odkrycie pomadkowe to zdecydowanie pomadka Rouge Volupte Shine od YSL. Jest napakowana odżywczymi olejkami, ale jednocześnie pigmentem. Kiedy błysk już zniknie, na ustach pozostaje sam kolor. Potrafi przetrwać naprawdę wiele, przy czym nie powoduje wysuszenia warg. Sprawia, że usta są soczyste, lśniące, z kolorem. A do tego to opakowanie i zapach mango... Luksus sam w sobie. Coś dla sroczek oraz hedonistek!





Brwi. Coś, czego nigdy nie zabraknie w moim makijażu. I nadal faworytem jest Brow Powder Duo, sygnowane nazwą Anastasia Beverly Hills. Pierwsze cienie w idealnym dla mnie odcieniu (Taupe). Ni za ciepłe, ni za chłodne. Idealna konsystencja, znakomita trwałość, możliwość tworzenia trójwymiarowości. Może cena (ok. 120 zł) nie jest zbyt przyjazna, ale *don't care*, to mus w mojej kosmetyczce!

Ulubiony krem BB - niezmienny! Kiedy nie potrzebuję dziesięciogodzinnej trwałości, stawiam na ten z linii Steblanc by Mizon. Nawilża, odżywia, nie podkreśla suchych skórek, ma idealny odcień, świetnie kryje, ukrywa rozszerzone pory, sprawia, że cera mniej się przetłuszcza. Polecam każdemu, choćby po to, by przekonać się o jego właściwościach, bo tego jeszcze nie grali!



I tak właśnie prezentuje się moja ulubiona, makijażowa gromadka. Czy coś wpadło Ci w oko? A może chcesz pochwalić się swoimi ulubieńcami? Z chęcią się dowiem! 

utf