czwartek, 11 sierpnia 2016

Azjo, daj się lubić #4, Essence Sheet Mask Royal Jelly, Steblanc by Mizon


Nie będąc gołosłowną - znów Azja i znów pielęgnacja! Ostrzegam, produktów azjatyckich i maseczek roi się u mnie multum, także... Tego. Stay tuned!
Essence Sheet Mask Royal Jelly to produkt, który przede wszystkim działa odżywczo, a dodatkowo przeciwzmarszczkowo.
O ile ze zmarszczkami(jeszcze) problemu nie mam, to odżywienie mojej cerze było niezbędne. Czy maska sprostała moim oczekiwaniom? Czy i tym razem Azja dała mi się polubić? Jeśli jesteś ciekaw, czytaj dalej.


Jak wiadomo, cały czas męczy mnie pokrzywka, którą wyciszam retinoidem. Wtedy moja cera jest w słabszej kondycji,
łuszczy się i potrafi być lekko podrażniona. Potrzebny mi spec, który pomoże doprowadzić mi ją jak najszybciej do stanu używalności. 


Stawiam na maski! Według mnie mają one największy potencjał, by zadziałać w punkt. A że mam ich ostatnio naprawdę wiele, to zabrałam się za tę najsilniej odżywczą, czyli wspomnianą wyżej maseczkę w płachcie z ekstraktem z mleczka pszczelego.






Producent obiecuje, że kosmetyk walczy ze zmarszczkami, a cera po jego użyciu pozostaje nawilżona i odżywiona.




Wiadomo, jedna jaskółka wiosny nie czyni i tak dalej... Nie mogę jakoś konkretnie wypowiedzieć się na temat tej maski, bo co mi ona po jednym razie? Staram się nie tracić głowy i pielęgnację traktować długofalowo, tzn. stosować systematycznie.
Na pewno ma potencjał, działanie naprawcze, nawilżyła i odżywiła cerę. Moja buzia jest w lepszym stanie po jej użyciu(esencję pozostawiłam na noc). 

Po nałożeniu płachty na cerę poczułam przyjemne chłodzenie(mimo tego, że nie była ona wcześniej w lodówce) i delikatny zapach. Dla mnie to spory plus, bo jak najbardziej chłodek lubię, a zapachy w kosmetykach po prostu mi przeszkadzają i drażnią mój wrażliwy nos.

Poza tym produkt bardzo fajnie przylega do buzi, nie ściąga się. Ma wymiary niemal idealne pod moją twarz.



Jest to produkt do stosowania na noc, ponieważ pozostałości maski, czyli tzw. esencja jest dość lepka. W dzień niefajnie byłoby z czymś takim paradować.


Cieszę się, że w zanadrzu mam jeszcze kilka masek z tej serii, bo będę mogła sprawdzić ich długofalowe działanie.
Ten egzemplarz na pewno sprawił, że będę czuła się pewniej przy aplikacji kolejnych. Zyskały moje zaufanie. A to jest już coś!




Jeśli chodzi o skład, to muszę przyznać, że wygląda nieźle. Możemy tu znaleźć: niacynamid, który ma właściwości rozjaśniające, ekstrakt z mleczka pszczelego odpowiedzialny za nawilżenie oraz odżywienie, ekstrakt z portulaki pospolitej, sok z liści aloesu, ekstrakt z liści rozmarynu, pantenol, które odpowiedzialne są za ukojenie, betaglukan, który znany jest ze swoich właściwości odżywczych i nawilżających, a także hydrolizowany kolagen(składnik regenerujący), ekstrakt z winogron(antyoksydant, poprawa kolorytu), ekstrakt z czarnej maliny koreańskiej(silny antyoksydant), kwas hialuronowy(nawilżenie) oraz adenozynę(działanie przeciwzmarszczkowe oraz regenrujące).
Denerwuje mnie, że na samym końcu widzę jeden z parabenów, ale przymykam oko. Nie chcę przesadzać.


Maseczki z luksusowej linii Steblanc od Mizon możecie znaleźć tu: KLIK. Każdy, naprawdę każdy znajdzie coś dla siebie. Tylko pamiętaj! Takie maski to nie jednostrzałowiec! Po jednej aplikacji nie znikną wszystkie zmarszczki, potrzebna jest systematyczność.



Reasumując. Azja znów pokazała się z tej lepszej strony, więcej, asortyment sklepu Skingarden po raz kolejny przypadł mi do gustu. To oznacza jedno: ta linia jest dla mnie!


A jak z Tobą? Lubisz koreańskie maski w płachcie?


utf