piątek, 25 września 2015

O tym jak stałam się grubasem i jak schudłam 25 kg

rok 2006, fot. Sylwia Migota
Każdy z nas jest inny. Każdy z nas chce być jak najlepszy. Ale nie zawsze może. Każdy(nawet podświadomie) ocenia innych. Niekoniecznie analizuje, co, jak i dlaczego.
Dziś chciałabym podzielić się z Wami czymś bardziej prywatnym, czymś, co mam nadzieję, zmieni myślenie niektórych i podniesie na duchu tych, którzy są w podobnej sytuacji, co ja kiedyś... To będzie długi post z(niekoniecznie) atrakcyjnymi zdjęciami.
Już w przedszkolu miałam problemy z wagą. Nie byłam patyczakiem. No, może wcale nie byłam grubasem, ale miałam kilka kilo więcej, niż powinnam. Często słyszałam niemiłe komentarze znajomych na mój temat. Następnie(w piątej klasie podstawówki) wyrosłam z tego, wylaszczyłam się. Wreszcie wyglądałam tak, jak powinnam i jak mi samej się to podobało. Wpływ na to miała podejmowana aktywność fizyczna - pływanie, które uprawiałam od przedszkola oraz wzrost.

Później byłam "zwyczajna". Ni to gruba, ni to chuda. Taka wagowo przeciętna. I nie miałam z tym żadnego problemu, było mi ze sobą dobrze.




rok 2007

Problem zaczął się w trzeciej klasie gimnazjum... Zachorowałam na rumień guzowaty. Ni stąd, ni zowąd, mimo że okazem zdrowia nigdy nie byłam. Moje nogi od kolan w dół pokryte były bolesnymi guzkami. Leżakowałam w domu 3 - 4 miesiące. Był nawet tydzień, w którym nie byłam w stanie wyjść o własnych siłach z łóżka... Nie było mowy o wychodzeniu z domu. Nie było mowy o jakimkolwiek chodzeniu "dla przyjemności". Kazano mi leżeć z nogami ku górze "aż wszystko zniknie". To w domu się uczyłam i napisałam test gimnazjalny. 
Nie ukrywam, było mi źle. Zero aktywności fizycznej. Dwór widziałam tylko przez okna. "Przyjaciele" dość szybko o mnie zapomnieli. Był przy mnie niemal tylko Mój A.(dziś Narzeczony!).

Dość szybko zorientowałam się, że przybywa mi kilogramów. Nie dość, że całymi dniami leżałam, to dostawałam ogromne dawki sterydów i tranu. Pod koniec choroby skończyłam z drugą brodą... 

Kiedy już "wyzdrowiałam", nie mieściłam się w stare ubrania. Nowe spodnie po miesiącu między nogami były przetarte. Było naprawdę źle. Nie pamiętam nawet, ile w tamtym momencie ważyłam. Chyba 75 kg(wcześniej było to około 60 - 62 kg). 
Pamiętam tylko tyle, że moja waga była tematem nr 1. Nikt nie pytał "Dlaczego? Czy jesteś na coś chora?". Nie. Nikt nie powiedział mi nic też w twarz(choć raz przeczytałam komentarz na Facebook'u na ww. temat). 
Nie rozumiałam wtedy tych ludzi. Chyba tak samo, jak oni nie rozumieli mnie. Miałam im za złe to, że zostałam niemal sama, że wszyscy postanowili być sędziami. Odsunęłam się od nich, tak jak oni odsunęli się ode mnie. Nie chciałam tkwić w fałszywych relacjach. Ale było mi przykro, bo i oni nie akceptowali mnie i ja nie akceptowałam siebie. To był ciężki czas. Chyba najcięższy. Lecz nie. Nie jestem z tych, co się poddają, jeśli im zależy.


rok 2011, jak widać, szczęśliwa nie byłam
rok 2011

W wakacje zapisano mnie do dietetyka. Fakt, schudłam do 66 kg, wyglądałam o wiele lepiej, ale ta cała "dieta" nie była dla mnie. Jadłam na siłę rzeczy, których nie lubiłam. Było tego za wiele. W efekcie sporo jedzenia wylatywało przez okno... Tak! Teraz mnie i moją rodzinę to bawi, ale jak odkryli, że schabowy leci z jedenastego piętra, to pilnowali mnie przy każdym posiłku. W końcu płacili i za jedzenie i porady dietetyka.
Kiedy zdecydowałam się zrezygnować z usług dietetyczki, usłyszałam od niej: "Skoro nie chcesz być atrakcyjna, to twoja sprawa.". Nie zapomnę tych słów do końca życia. Swoją drogą - profesjonalne podejście do klienta. Już wtedy obiecałam sobie, że dam sobie radę, ale bez niej.

Niestety znów zaczęłam tyć. Aż stało się coś, co dziś obieram za punkt kulminacyjny! Na wadze po raz kolejny zobaczyłam 75 kg! Tak, dokładnie tyle. Mam swój wzrost, bo mierzę 168/170 cm(zależnie od tego, kto jaki ma centymetr ;)), ale nie oszukujmy się - nie jest to adekwatna do wzrostu waga.


rok 2012
rok 2012
rok 2012
rok 2012

Postanowiłam to zmienić. Znów chciałam być normalna. 
Wyznaczyłam sobie cel: 55 kg.

Moja przemiana trwała rok. 
Na początku ograniczyłam słodycze, fast foody, w ogóle jedzenie. Z perspektywy czasu wiem, że w przedsionku mojej walki z wagą wcale nie postępowałam dobrze. Jadłam zbyt mało, nie dostarczałam organizmowi tego, co powinnam. Później przejrzałam na oczy, poprawiłam się. 

Jadłam 5 - 6 razy dziennie. Owoce, warzywa, nabiał, ciemne pieczywo. Po prostu wszystko, ale uważałam na pułapki typu panierki, ociekający tłuszcz, sosik i zawsze starałam się wybierać "zdrowszy" produkt, jak np. ciemny makaron zamiast białego.
Piłam wodę, Inkę i czerwoną/ zieloną herbatę. Poza tym około 5 razy w tygodniu uczęszczałam na basen.
Bardzo długi czas(nawet po schudnięciu) liczyłam kalorie. Dziś już mnie to nie dotyczy(WRESZCIE!).

Najgorsze były dwa pierwsze tygodnie i momenty, w których miałam wyrzuty sumienia, że jadłam coś, czego nie powinnam. Później starałam się planować, co i ile zjem, żeby nie tylko się najeść, ale i "doznać zakazanej przyjemności"(mam na myśli batoniki, czekoladki, cukiereczki, ... ;)). 

I było mnie coraz mniej. I mniej. Niewiele osób mnie rozumiało. Większość widziała we mnie anorektyczkę, nauczyciele przeprowadzali ze mną rozmowy, a ja po prostu chciałam znów wyglądać jak za starych, dobrych czasów... Mam nadzieję, że dziś już to rozumieją.


rok 2013

Udało się! Wreszcie, po roku, ujrzałam na wadze wymarzone 55 kg! Stwierdziłam jednak, że "na wszelki wypadek" zrobię sobie rezerwę. Dobiłam do 52,5 kg. Później chciałam się zatrzymać, ale nie mogłam, nadal chudłam! Sama zaczęłam się o siebie martwić. Przecież nie chciałam zostać kościotrupem... Po jakichś dwóch miesiącach sytuacja została opanowana i zatrzymałam się na wadze 51 kg. 


rok 2014 i wreszcie na plaży w wymarzonym bikini!
rok 2014 i wreszcie przerwa między nogami się zrobiła...
rok 2014

I podobnie jest dziś. Waga waha się zależnie od dnia, ale więcej, niż 52,5 kg na niej nie ujrzę. Jem już normalnie, ale wiele zdrowych nawyków ze mną zostało, co ogromnie mnie cieszy. Jestem szczęśliwa, zdrowa, odgrodzona od nieprzyjaciół. Nie mam problemów z ubraniami, kręgosłupem, który doskwierał mi, gdy byłam grubsza. Wiem na kogo mogę liczyć i na co mnie stać(Dziękuję A. Nigdy nie powiedziałeś mi, że byłam za gruba, brzydka. Zawsze byłeś i mnie wspierałeś!).
Jedyne, co mnie martwi to to, że nie odkryto przyczyny choroby. Możliwe, że kiedyś wróci... Jednak wierzę w to, że nie spotka mnie to więcej!


rok 2015, aktywnie, rowerowo
rok 2015
rok 2015

Jaki jest mój wniosek? Apel! 
Proszę, starajcie się nie ranić innych. Nie każdy jest gruby z wyboru. Wykażmy trochę empatii. "Inny" nie oznacza "gorszy". A jeśli według Ciebie tak - zostaw to dla siebie, bo pewne komentarze sprawiają drugiej osobie przykrość i potrafią podcinać skrzydła. 

Przyznam się, że sama nie rozumiem ludzi, którzy są grubi z wyboru. Nie mówię o lekkiej nadwadze, mam na myśli taką powyżej 10 kg. I przede wszystkim na myśli mam aspekt zdrowotny. To okropne obciążenie dla całego naszego ciała. Chwila minie i zaczną się problemy ze stawami, kręgosłupem, chodzeniem i choroby... Dbajcie o siebie, zdrowie mamy tylko jedno! Jeśli raz naruszymy jego barierę, niestety będą to zmiany nieodwracalne. I fizyczne i psychiczne.

A Ty? Masz problem z wagą? Zajadasz smutki, czy po prostu lubisz czekoladę? Biegać chcesz od jutra? Nie. Zacznij od dziś. Być może długa i pełna wyrzeczeń droga przed Tobą, ale uwierz, jeśli chcesz - możesz wszystko. Tak samo, jak ja!
Trzymam kciuki!




utf