Strony

wtorek, 17 stycznia 2017

Ulubieńcy roku 2016, pielęgnacja + WYNIKI[mini recenzje]


Jakieś szaleństwo. Dokładnie pamiętam, jak tworzyłam taki wpis rok temu... Ale nie czas na sentymenty. Pora wyjawić perełki, które pielęgnowały moje ciało przez ostatnie dwanaście miesięcy. 

A to nie był łatwy rok dla justyniej skóry. Było sporo upadków. Naprawdę wiele. I choć nadal nie jest, jakbym sobie życzyła, to mimo wszystko jest stokroć razy lepiej, niż było na przykład dziewięć miesięcy temu. Co ciekawe - nadal nie mam stuprocentowej pewności, co do przyczyny pokrzywki, która męczy mnie od dwóch lat, ale wydaje mi się, że jestem już blisko.
Bo to własnie ona krzyżowała wiele moich planów i to ona sprawiła, że skórę musiałam traktować inaczej. Podczas wysypu jest ona wrażliwa, łojotokowa, tkliwa i przede wszystkim obsypana różnego rodzaju wypryskami. Wtedy muszę obchodzić się z nią specjalnie. Ale dość już. Przechodzimy do tych ulubieńców!

Pierwszym produktem, który(chyba) dopóki będzie produkowany, znajdzie miejsce na mojej półce, to Lotion P50. Pogromca trądziku, przebarwień, plam, wyprysków. Jest ze mną już ponad dwa lata i cały czas działa fenomenalnie. Polecam każdemu, kto ma problem z niekontrolowanymi zaskórnikami, czy innymi dermatozami. To istna magia w płynie. Jest cholernie drogi, bo za 150 ml specyfiku trzeba zapłacić 200 zł, ale wydajność wynagradza nam tę kwotę. Jedna butelka wystarcza mi na około 8 miesięcy regularnego stosowania. Warto, naprawdę warto!


Kolejnym kosmetykiem jest woda termalna, która szczególnie w gorące dni pozwala mi w jakikolwiek sposób funkcjonować. Jest ona doskonałym produktem, by pobudzić się po ciepłym prysznicu, czy nawilżyć skórę podczas sezonu grzewczego. Pamiętam, że uratowała mnie podczas podróży PKP w czterdziestostopniowym upale. Jednemu facetowi było zbyt zimno i zakazał otwierania okna... Nieważne, że pasażerowie kleili się do siebie i ledwo oddychali. Zatem wyciągnęłam mój sprej i psikałam się co kilka minut, by przeżyć godzinną podróż. Dałam radę. A że patrzyli na mnie jak na idiotkę? Nic nowego. Dodam również, że jest doskonałym środkiem na poparzoną skórę, czy złagodzenie wysypki! Moim faworytem jest ta od Avene.


Serum w 2016 roku przetestowałam kilka i tylko jedno mnie urzekło. Red Blemish Soothing Ampoule marki Dr.G było strzałem w dziesiątkę! Jest to kosmetyk skierowany przede wszystkim na złagodzenie wszelakich stanów zapalnych i z tym radzi sobie świetnie! Zaczerwienienia nikną w oczach. Jeśli chodzi o inne aspekty - otrzymujemy delikatne nawilżenie, które jednak samo w sobie jest niewystarczające, lecz wybierając Red Blemish Ampoule doskonale o tym wiedziałam. Bardzo podoba mi się w nim również to, że nie pozostawia po wchłonięciu się żadnej warstwy. Nie cierpię tego! Przyczepić się mogę jedynie do formy podania. O ile zielone opakowanie jest urocze, to sama pipetka mnie irytuje. Często spędzam minutę nad tym, by cokolwiek wydobyć ze środka. Podejrzewam, że mój aplikator jest wadliwy i tyle. Dowiem się przy następnym zamówieniu. Zatem serum polecam serdecznie osobom z wypryskami i/lub cerą wrażliwą. Zobaczysz różnicę!


Najlepszym kremem na dzień okazał się ten z żywicami tropikalnymi, marki Sisley. Aplikując go pod makijaż, widzę kolosalną różnicę w wyglądzie i utrzymywaniu się podkładu. Dobrze nawilża, przyjemnie matuje skórę. Choć nie jest to ideał, to do ideału najbliżej mu z wszystkich znanych mi kremów dziennych. Mimo tego nie wiem, czy do niego wrócę. Kosztuje dużo, bo w granicach 450 zł, a za tę cenę dużo również oczekuję. Tak, jak napisałam - jest dobrze, ale może być lepiej. Przemyślę sprawę, aczkolwiek polecam wypróbować osobom z cerą, na których trwałość podkładów jest wątpliwa. Może okazać się wybawieniem.

Starcie kremów na okolicę oczu wygrywa Steblanc by Mizon i to nie ulega jakimkolwiek wątpliwościom. Początkowo użytkowałam go tylko i wyłącznie na noc, bo nie z wszystkimi korektorami się polubił. Później nastąpił jakiś cudowny zwrot akcji i używam go i na dzień i na noc. Wszystko inne rzuciłam w kąt! Autentycznie rozjaśnia, rozświetla, nawilża, odżywia i ujędrnia. Jeśli po jego zużyciu nie spojrzę w stronę marek selektywnych, a mam tu na myśli przede wszystkim słynny krem Bobbi Brown i Shiseido lub innego azjatyka, to z pewnością go odkupię.


Usta to temat bardzo tkliwy. Moje potrzebują opieki każdego dnia. Czy jest zimno, czy gorąco... Ze względu na to, że przestałam być odpowiednio restrykcyjna, ostatnio cierpią. Na szczęście znalazłam produkt, który pomaga doprowadzić mi je do stanu używalności. Jest to maska enzymatyczna LANEIGE. Cały proces działania opisałam w tym poście i nadal podtrzymuję tę opinię. Różnica po jednej nocy jest ogromna. To najlepszy pielęgnacyjny produkt do ust, z jakim miałam styczność.

A wracając jeszcze na chwilę do marudnej skóry, która lubi się przetłuszczać... Olejek z lotosem z Clarins, o którym wspominałam daaaawno temu nadal pozytywnie zaskakuje! Nie dość, że pięknie pachnie, to po prostu działa. Nie daje nic innego poza wyregulowaniem pracy gruczołów łojowych, ale to dla mnie naprawdę wiele. Z powodzeniem można stosować pod makijaż, na noc, kiedy się chce. Do tego zapewnia aromaterapię, gdyż zapach ma naprawdę odprężający. Pozycja obowiązkowa do przetestowania dla tłuścioszków!


Jeśli miałabym wybrać maskę roku, nie musiałabym się nad tym długo zastanawiać. Maska dyniowa marki Peter Thomas Roth to po prostu najlepsza maska enzymatyczna, o działaniu rozświetlającym, złuszczającym, wygładzającym, jaką miałam okazję użyć. Wszystko opisałam w tym poście. Martwi mnie tylko to, że marka wyszła już z Sephora... Kiedy opakowanie dobije dna, będę musiała ściągać ją zza granicy.


Kiedy zaatakował mnie podskórny pryszcz i chciałam pozbyć się go naprawdę szybko, ale bez łuszczącej się skóry i zaczerwienienia, stawiałam na bezbarwne plasterki Isana Young, które właśnie do takich celów mogę spokojnie polecić.
Działanie jest dość szybkie i przede wszystkim nie pozostawiają przykrych skutków, o których wspomniałam wyżej. Koszt to jakieś 10 zł, a plasterków jest 36. Plusem jest to, że gdy mam parcie na zredukowanie stanu zapalnego i się uprę, z racji, że są bezbarwne, mogę nosić je poza domem. W zależności od padania światła coś tam widać, ale na pewno nie mocniej, niż białe kropki robione Lierac Prescription...




Z produktów do oczyszczania twarzy wybrałam proszek enzymatyczny marki Skin Watchers, który jest czymś przełomowym na mojej półce, bo, po pierwsze, jest proszkiem, a po drugie, w bardzo delikatny sposób odblokowuje pory i usuwa martwy naskórek niemechanicznie. Do tego pozostawia skórę miękką, świetlistą, czystą i jest bardzo wydajny.

Poza wysypką moja skóra napotkała w zeszłym roku jeszcze jednego wroga - klimatyzację. I o ile naskórek twarzy się jakoś uchował, to ten w okolicy oczu potrafił wyglądać jak u 70 - latki. Naprawdę. Oczywiście z makijażem i w pobliżu tej nieszczęsnej klimy. Żeby jakoś ratować image próbowałam wiele, ale dopiero serum rozświetlające Genifique z Lancome poprawiło sytuację. Stosuję je na wchłonięty już krem i wklepuję w skórę. Pięknie wygładza skórę i daje optyczny lifting. Oczywiście wszystko za sprawą silikonów, ale wybaczam, bo po prostu jako jedyny daje radę utrzymać mój makijaż pod okiem w stanie poprawnym.


Wielkim odkryciem okazał się też dla mnie wyciszający, łagodzący krem do twarzy A-derma Epitheliale, który można dostać w większości aptek. Jego formuła jest dość ciekawa, bo otula, ochrania skórę, ale przy tym jest lekki i nie powoduje nadmiernego błyszczenia. Zapewnia dobre nawilżenie, odżywienie skóry, łagodzi stany zapalne, szybko rozprawia się z suchością i długo, długo był moim nocnym ulubieńcem(ale o tym nie dziś). Bardzo polecam go wypróbować, bo stosunek ceny do jakości jest kosmiczny!

Jeśli chodzi o ciało - niestety, nadal nie udało mi się zmusić do codziennego kremowania. Nadal tego nie cierpię. Zmieniła się sprawa, co do dłoni(od kiedy zaczęły wyglądać jakbym była z rok na Syberii). Wszystko dzięki śmiesznie taniemu i niespodziewanie skutecznemu kremowi Isana Med z 5,5 % mocznika. To on zmienił skórę na lepsze i sprawia, że, w moim mniemaniu, smarowanie dłoni ma jakiś głębszy sens. Więcej sposobów na piękne dłonie znajdziesz tutaj.

I tak, to by było na tyle, jeśli chodzi o ulubieńców pielęgnacyjnych. Na dniach stworzę tych makijażowych, gdzie wybór będzie zdecydowanie trudniejszy... 

A teraz coś, co pewnie bardziej interesuje część z Was - wyniki! Z początku obawiałam się, że będę musiała sama sobie wysłać zdjęcia na konkurs, ale później zalano mnie pięknymi pracami. Nie było łatwo, bo każda z uczestniczek pokazała coś innego, co ciężko było do siebie porównać. Postawiłam na to, co kocham najbardziej, czyli kreatywność oraz estetykę.
Fanfarki dla wygranych!


Nagrody za makijaż otrzymują: Daria Matuszczak(zestaw 1) oraz Karolina Nowak(zestaw 2). Dlaczego? Daria urzekła mnie tą romantyczną kompozycją... Lekka, zwiewna, czarująca. Idealna do rodzinnej kolacji, czy zalotnego Sylwestra. Karolina natomiast przypomina nam erę disco, pokaźne, niby niedbale rozwiane brwi, kolor i szaleństwo, które królują u większości właśnie ostatniego dnia roku.































Jeśli chodzi o komentarz, nagrodę otrzymuje
Interendo, która niesamowicie rozbawiła mnie ogromem swojej wyobraźni. Takim Sylwkiem to chyba by nikt nie pogardził! Jak takiego urządzisz, to proszę, zaproś mnie na Quidditcha! Plis!

Diewczyny, serdecznie dziękuję za zaagnażowanie, za mnóstwo cudownych prac i doznań estetycznych na najwyższym poziomie. 
Poza tym, jeszcze raz dziękuję moim cudownym sponsorom, czyli sklepowi Skingarden oraz The Secret of Healing! Bez Was nagrody nie byłyby tak cudne!

To co? Czekam na dane do wysyłki!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Twoje zdanie też ma znaczenie i z chęcią je poznam :). Pamiętaj, by nie obrazić nikogo, tego nie będę tolerować.