czwartek, 8 grudnia 2016

#winterweek4| Maska (nie)tylko bankietowa - Peter Thomas Roth, Pumpkin Enzyme Mask


Okres świąteczny, okres w ogóle zimy nie jest łaskawy dla naszej skóry. Większość osób stwierdza, że dzieje się jakaś totalna wariacja i nie da się jej okiełznać. Otóż to możliwe(o ile nie pracujemy non stop w klimie...). 
W tym poście przedstawię mój sposób na piękną skórę, ażeby w tym ważnym czasie: czy to w święta, czy w Sylwestra, ale także na co dzień wyglądać jak najlepiej można!

O naskórek trzeba dbać regularnie i systematycznie, inaczej w końcu się zbuntuje i pokaże, że to nie Ty tu rządzisz! Jak już nie jeden raz wspominałam - kluczowe jest oczyszczanie buzi. I rano i wieczorem. Oczyszczać można na wszelakie sposoby: mydłami, piankami, pastami, żelami, ale także... Maskami.
Nie, nie mam na myśli mycia twarzy maseczką, choć tak też niektórzy robią, ale po prostu używania masek do tego(oczyszczania) stworzonych. Takim produktem zdecydowanie jest Pumpkin Enzyme Mask od marki Peter Thomas Roth.



O ile opakowanie może niezbyt zachęcać do kupna, bo seria masek Petera Thomasa Roth wygląda, kolokwialnie mówiąc, jak tanie żele do włosów z kiosku, to wnętrze jest zacne!

Otwierając ją po raz pierwszy, nie da się nie poczuć tego specyficznego zapachu dyni, cynamonu, pierników... Jako, że ja kocham te słodkości, lubię i ten aromat, lecz wiem, że nie każdy pała do niego sympatią. Jest osobliwy i nie ma co o tym dyskutować.
Żeby było ciekawiej, kolor również nie odbiega od tematu. Pomarańczowo - brązowa, odrobinę glutowata papka.

Ale wszyscy już wiemy, że najważniejsze jest działanie i nie bez przyczyny maską tą zachwyca się również Ala!
Producent obiecuje rozświetlenie, przywrócenie młodzieńczego wyglądu, usunięcie martwego naskórka oraz wygładzenie, a maska po prostu to robi... 





Przede wszystkim niesamowicie radzi sobie z rozświetleniem skóry. Po zabiegu nie dość, że wygląda jak wypolerowana, to bije od niej przepiękny blask i dlatego polecam ją wszystkim, którzy mają problem z poszarzałą oraz matową cerą. Ona już się z nią rozprawi!
Poza tym pozostawia skórę naprawdę gładką i miłą w dotyku, a to na pewno zasługa enzymów z dyni, kwasów AHA i maluteńkich drobinek glinu. Efektem ubocznym jest to, że pory zostają odblokowane, a inne kosmetyki nałożone na tak przygotowaną skórę, wchłoną się o wiele szybciej i w pożądanej ilości.

Mimo tego, że produkt zwiera w sobie kwasy i drobinki(które są naprawdę delikatne!), spokojnie mogą używać go osoby ze skórą wrażliwą, czy naczyniową. Oczywiście, każda cera zareaguje inaczej, ale dotychczas wszystkie osoby, które jej wypróbowały, chwalą pod niebiosa! Dodam, że i moja skóra szczególnie gruboskórna nie jest, a jak można zaobserwować na zdjęciach - niemal zero rumienia po zmyciu maski!





Aby zapewnić sobie skuteczny, lecz nieinwazyjny zabieg, wystarczy nałożyć cienką warstwę dyniowej maseczki na 5 - 7 minut. Nie więcej! Podczas jej działania można wykonać subtelny masaż, aczkolwiek ja tego nie praktykuję. Kiedy mija wyznaczony czas, kosmetyk spłukujemy wodą i przechodzimy do kolejnych kroków naszej pielęgnacji.

W związku z tym, że używam również innych kosmetyków złuszczających, Pumpkin Enzyme Mask stosuję raz w tygodniu.



Naprawdę, naprawdę bardzo polecam chociażby wypróbować tę tajemniczą piernikową galaretę! Podejrzewam, że gdy użyjesz raz, będziesz chcieć więcej! Wywołuję Alę do potwierdzenia!

W jaki sposób złuszczasz swoją skórę? Czy aby na pewno o tym pamiętasz? A może przydałaby Ci się Pumpkin Enzyme Mask?

Sprawdź koniecznie, co dziś, z okazji kolejnego dnia #winterweek przygotowały dla nas:
Agnieszka: www.agwerblog.pl