wtorek, 22 listopada 2016

S.O.S dla skóry trądzikowej


Jako posiadaczka niegdyś skóry z trądzikiem, a w tym momencie skóry wysypkowej (brawo dla mnie za nowy typ!), chciałabym podzielić się z Tobą tym, co pomaga mi uśmierzyć ból związany z wypryskami, zniwelować stan zapalny i po prostu pozbyć się tego dziadostwa w jak najszybszym tempie, ale też z jak najmniejszymi stratami.
Bo nie oszukujmy się, łatwo wysuszyć skórę na wiór, a później co? Trzeba nawilżać, nawilżać i nawilżać, a później, kiedy już zaczyna być lepiej... Znów wysyp! I takie o, błędne koło.
Moja skóra przeszła już wiele i niestety cały czas potrafi mnie zaskakiwać. Dlatego najważniejszym jest nie dać się jej zaskoczyć. Mam na myśli wszelaki stres, który fatalnie wpływa nie tylko na jej stan, ale także na (ogólnie patrząc i mówiąc) zdrowie. To pierwszy krok w prawidłową stronę. Wiem, że nie zawsze jest łatwo olać to, w jaki sposób wygląda danego dnia twarz, ale denerwowanie się nie pomoże. Trzeba podejść do tego chłodniej i zacząć działać z głową.

W tym poście przedstawię moje typowe pielęgnacyjne kosmetyki S.O.S. Myślę, że powstanie kontynuacja tego posta, bo przecież nie samymi kosmetykami człowiek żyje, prawda?



Pierwszym produktem, który zrewolucjonizował moją skórę około dwa lata temu jest Lotion P50. Wtedy miałam typową skórę trądzikową i codzienne niedoskonałości były stanem normalnym. Uwierzysz, że po dwóch tygodniach stosowania miałam cerę bez skazy?! To było niesamowite... Problem zaskórników zniknął, jak za sprawą czarodziejskiej różdżki. Mogłam chodzić totalnie bez makijażu, a moja cera była pełna blasku, ujednolicona, gładka. Na tyle, że spokojnie, bez podkładu, mogłam walnąć makijaż oka, rozświetlacz, czerwoną pomadkę i nic, totalnie nic się nie gryzło. Skóra była po prostu idealna...
No cóż, później pojawiła się pokrzywka, która wszystko zniszczyła, ale jeśli próbowałaś wiele i nic nie zadowoliło Cię w stu procentach, czas na przetestowanie Lotionu P50. Nie jest to kosmetyk tani, bo 50 ml kosztuje około 90 zł, ale tonik o tej pojemności wystarcza na około 3 - 4 miesiące regularnego użytkowania. Łatwo więc przeliczyć, że odkładając złotówkę (tudzież mniej) dziennie, możemy używać go bez obaw o nasze sumienie i portfel. 
Na chwilę obecną używam go około trzech razy w tygodniu lub kiedy moja skóra wariuje i wysypuje to, co tylko może. Stany zapalne czy przebarwienia goją się o wiele, wiele szybciej, bez efektu przesuszenia (co przy produktach z kwasami jest rzadkością).
Mało Ci na temat tego kosmetyku? Zapraszam do oddzielnego posta, poświęconemu wyłącznie Lotionowi P50.




Kolejnym produktem jest emulsja z BHA od COSRX, o której jakiś czas temu już pisałam w tym poście. Nadal podtrzymuję jej dobrą sławę, lecz muszę stwierdzić, że przy codziennym stosowaniu zaczęło mnie delikatnie złuszczać, czego nie cierpię. 
Teraz stosuję ją jako ratunek na powstające dopiero zaskórniki, czy bolące, podskórne gule. W ten sposób sprawdza się idealnie, bo nie gryzie się z makijażem, nie wysusza i działa naprawdę szybko! W ciągu jednego dnia potrafi uciszyć kiełkujący, podskórny wulkan. Przepraszam za dosłowność!


Trzecim kosmetykiem jest dwufazowa emulsja Lierac Prescription, którą odkupuję regularnie od niemal dwóch lat. Co ciekawe - nadal działa! Najlepiej sprawdza się stosowana na noc (zostawia biały ślad), na małe, ropne zaskórniki. Zwykle zasusza stan zapalny, tłamsząc go. Zdarza się, że błyskawicznie wyciąga to, co pod skórą siedzi. Poprzez to, że stosowana jest punktowo (aplikujemy ją patyczkiem kosmetycznym), nie wywiera negatywnego wpływu na zdrowy naskórek. Dla mnie must have, bo po prostu działa i niewiele kosztuje (ok. 45 zł). Nie bez przyczyny znalazła się w ulubieńcach roku poprzedniego!



A teraz coś dla tych, których ręce świerzbią... Czyli niestety i dla mnie. Spirytus salicylowy! Dla mnie to tylko i wyłącznie płyn odkażający ranę, jaka pozostaje po pozbyciu się zaskórnika. Jeśli jesteś w tej samej grupie i masz manię na punkcie wyciskania, musisz to mieć. W ten sposób zapobiegniesz rozprzestrzenianiu się bakterii. Jeśli chodzi o działanie na powstałe już stany zapalne - na mnie zerowe. Nie polecam też przemywania nim dużych powierzchni na skórze twarzy - przesuszy. Znajdziesz go w każdej aptece za około dwa złote.



I bestseller... Aktywne serum z kwasem od marki Bielenda! Kosmetyk, który przewija się w blogosferze od ponad roku. Nie znam kogoś, komu by nie służył. Wszyscy chwalą. Chwalę i ja! W działaniu bardzo podobne do emulsji od COSRX. Po chwili namysłu stwierdzam, że to niemal identyczne produkty. W ekspresowym tempie działa przede wszystkim na podskórniaki, ale także niesamowicie przyspiesza gojenie się ran. Używany kilka dni pod rząd delikatnie złuszczy skórę. Uwielbiam używać przede wszystkim na plecy i dekolt, kiedy pokrzywka mnie zaskoczy. Aha! Moja mama też jest nim zachwycona!  



Najcięższa broń - Epiduo. To lekki retinoid wydawany wyłącznie na receptę. Tu już nie ma żartów. Działanie jest najsilniejsze, najszybsze, ale używanie go trzy dni pod rząd kończy się u mnie czerwonymi, suchymi plackami. Testowałam i punktowo i na całą twarz (czego naprawdę nie polecam) i trzymam w kosmetyczce na czarną godzinę. Co ciekawe - nadaje się pod makijaż, bo wchłania się w mig. To produkt dla osób, które mają poważniejszy, trądzikowy problem. Na chwilę obecną nie wyobrażam sobie, by mogło go zabraknąć. To trochę takie moje ukryte pogotowie. 
Jeśli, tak jak wspomniałam, masz problem z upierdliwymi zmianami, które wciąż są i są i nic innego nie pomaga, porozmawiaj z lekarzem na temat Epiduo.

Na chwilę obecną to tyle. Moja święta szóstka! Choć nie ukrywam, że cały czas szukam... 
A Ty? Na co się skusisz? Czego używasz? Koniecznie się tym podziel!