Strony

wtorek, 29 listopada 2016

Azjo, daj się lubić #14, Pszczółki, miodki i inne sprawy, czyli krem Honey Ceramide od COSRX


W moim przypadku krem pod oczy jestem w stanie ocenić po czterech dniach. Albo jest dobrze albo jest źle. Przez ostatnie półtora roku wierna byłam dwóm kremom: Kiehl's(na dzień) oraz Steblanc(na noc). Kiedy ten pierwszy zaczął dobijać dna, stwierdziłam, że go zdradzę i wypróbuję czegoś innego. Miałam wrażenie, że efekt nie jest już ten sam, co wcześniej... 

Poszukiwania nie trwały wcale długo. Dość szybko zdecydowałam się na kosmetyk marki COSRX, którą zdążyłam już polubić, dzięki świetnej emulsji z kwasem salicylowym.

Honey Ceramide, bo tak mój wybranek się nazywa, to krem, który według producenta ma maksymalnie odżywiać, wygładzać, rozjaśniać i rozświetlać okolicę oka. Ma również walczyć z drobnymi zmarszczkami i zagęścić skórę.
Tak, jak wyżej wspomniałam, albo od razu jest dobrze albo od razu jest źle. Jak jest tym razem?



Przyznam, że gdy otworzyłam opakowanie po raz pierwszy, nieco się zawiodłam. Ni to krem, ni to żel. Konsystencja bardzo podobna do ślimakowego Steblanc'a, a ja pod oko lubię sobie walnąć coś kremowego. Wtedy psychicznie mam wrażenie, że działa mocniej, aniżeli żel.                              
Mimo tego nie skreśliłam go. Ochoczo zaczęłam testować.                   

To, co się rzuca na pierwszy rzut oka(czy tam nosa), to to, że jest niemal bezwonny. Dla mnie to bez znaczenia
i niejednokrotnie o tym wspominałam. Dla mnie liczy się efekt.


Początkowo nie do końca dałam się przekonać i obawiałam, że zostanę bez kremu na dzień, co mnie przerażało, bo dwa, trzy dni bez odpowiedniej pielęgnacji i mam tam susz...                        
Po ponad czterech tygodniach mogę stwierdzić, że wybrałam bardzo dobrze! Produkt świetnie radzi sobie z nawilżeniem mojej kapryśnej skóry, jest idealny pod makijaż, nie gryzie się z żadnym moim korektorem, rozjaśnia wszelkie zasinienia i co ważne - wchłania się ekspresowo, do satynowego matu.



Niejednokrotnie krem Kiehl's denerwował mnie tym, że gdy wychodziłam do ludzi saute, skóra w okolicy oka niemiłosiernie odbijała światło, a poza tym chwilę trwało, aż wchłonął się na tyle, bym mogła aplikować na niego kosmetyki kolorowe. Tu nie mam żadnego z tych problemów! Poza tym urzekło mnie działanie...       
Moja skóra znów odżyła. Jest świetlista, rozjaśniona, nawilżona. Mam nadzieję, że nie straszne jej będą nadchodzące niskie temperatury!       







Jeśli chodzi o skład, to powiedziałabym, że na azjatycki krem pod oko jest bardzo dobrze. Mamy tu przede wszystkim: ekstrakt z miodu manuka, który bogaty jest m.in. w kwasy AHA, odpowiadające za odsłonięcie nowego naskórka, a także minerały, cukier i proteiny, olej ze słonecznika, który odżywia skórę, walczy z wolnymi rodnikami, regeneruje naskórek i wzmacnia jego naturalną barierę, wosk pszczeli, który tworzy film i pośrednio wpływa na nawilżenie, alantoina, która jest pochodną mocznika, regeneruje naskórek oraz nawilża i wygładza go. Dalej mamy pantenol działający nawilżająco, łagodząco, ochronnie, hialuronian sodu, czyli jeden z najważniejszych składników skóry, odpowiedzialny za wiązanie wody w naskórku, jest silnie higroskopijny. W środku odnajduję silnie ujędrniający olej makadamia, a na samym końcu ceramidy typu trzeciego, oligopeptydy, adenozynę, sprawiające, że skóra wolniej się starzeje i jest silniej nawilżona.    
Nieźle, prawda?                 

Jak na tak dobrze działający krem, cena jest wręcz zabawna... Około 20$. Dodam, że w sklepie Jolse co rusz są jakieś zniżki, promocje i inne tego typu akcje. Jak już tam spojrzysz, to przepadniesz. Robisz to na własną odpowiedzialność!



Kto ma ochotę na Honey Ceramide Eye Cream? No, kto?   


               

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Twoje zdanie też ma znaczenie i z chęcią je poznam :). Pamiętaj, by nie obrazić nikogo, tego nie będę tolerować.