czwartek, 25 sierpnia 2016

Azjo, daj się lubić #6, moc nasion chia od The Face Shop, czyli Chia Seed


W temacie kremów ostatnimi czasy byłam dość monotonna, jednak specyfiki te nie do końca mnie zadowalały. Zawsze brakowało przysłowiowej kropki nad "i". 
W związku z tym, kiedy kompletowałam zamówienie z koreańskimi kosmetykami, stwierdziłam, że pokuszę się właśnie na jakiegoś azjatyka. Wybór nie był prosty, a moje zaufanie ograniczone, bo pomimo tego, co słyszymy, wiem, że składy takich kremów często odbiegają od tego, co chciałabym zobaczyć na etykiecie. W kosmetykach staram się unikać składników, które mogłyby stać się przyczyną jakichś potyczek. Co mam na myśli? Choćby gliceryna, alkohol, nadmierna ilość olejków, parabeny, silikony... 

Przeglądając ofertę sklepu BB Cosmetic, natknęłam się na krem marki The Face Shop, Chia Seed. Nie wiem dlaczego, ale marka kojarzyła mi się z mega naturalnymi składami i wysoką jakością, więc po prostu wrzuciłam go do koszyka. To był impuls. I jak to impuls - był i nie ma, a jakikolwiek research na temat kosmetyku zrobiłam w momencie, gdy po raz pierwszy trzymałam go w dłoniach.

No i co? Trochę się przejechałam. I glicerynka i alkohol i polimerki... Mimo tego stwierdziłam, że chcę mu dać szansę, ponieważ okazało się, że tytułowe nasiona chia(a dokładniej ekstrakt z nich) znajdują się na pierwszym miejscu składu. Po prostu cicho wierzyłam w ten krem.



Jeśli chodzi o wygląd, to kosmetyk otrzymujemy w zielonym kartoniku, na którym znajdziemy sporo informacji w języku koreańskim, a także kilka słów po angielsku, francusku oraz sam skład. Producent chwali się, że formuła kremu jest wolna od siedmiu składników takich, jak: parabeny, barwniki, składniki pochodzenia zwierzęcego, olej mineralny, talk, parafina, poliakrylamid. Brawo!



Mimo tego, jak wyżej wspomniałam, skład nie jest szczytem moich marzeń, ale toleruję i wybaczam.

Sam słoiczek z kremem prezentuje się naprawdę solidnie i ciekawie. Niby taki zwyczajny, prosty słoiczek, ale w moje gusta się wpasował. Z chęcią zobaczyłabym go w wersji w tubce lub airless, ale nie można mieć wszystkiego. 
Plus ode mnie za szpatułkę dołączoną do opakowania!



Konsystencja to typowy żel. Bardzo łatwo się rozprowadza i dość szybko wchłania. Pozostawia po sobie delikatną warstewkę, lecz nie jest ona w żaden sposób uwłaczająca. Mogę za to ponarzekać nad zapachem, choć też nie ma tragedii. Początkowo jest on po prostu dla mnie zbyt intensywny, ciągnie się za mną. Po chwili jednak ulatnia się i dosłownie czasem wpada do moich nozdrzy, ale już w odmienionej, nowej, przyjemnej "wersji". 




Jednak jak się ma ten najważniejszy aspekt, czyli działanie? Jest bardzo dobrze! Producent obiecuje silne nawilżenie, zatrzymanie tej wody w skórze oraz mat. Nawilżenie jest, magazynowanie jest, ale mat...? To chyba w snach. Początkowo czułam się niezmiernie zawiedziona, bo liczyłam na tę regulację buzi, a nic takiego nie nastąpiło. 
Ale! Po kilkunastu dniach stosowania doceniłam Chia Seed. To, jak świetne efekty nawilżenia mi przyniósł, wymazuje z pamięci biadolenie o macie. Skóra jest dosłownie napita, a przy częstym mazianiu się Epiduo(na zmiany pokrzywkowe) najzwyczajniej tego potrzebuje.



Cieszę się, że w ciemno udało ustrzelić mi się kolejny godny polecenia produkt, bo przecież czasem po długich poszukiwaniach, kiedy wydaje mi się, że to jest TO... To jednak TO nie jest, bo zapycha, bo przestaje działać, bo coś tam.



A jak u Ciebie z nawilżeniem? Może właśnie szukasz mocy nasion chia?