Strony

środa, 23 grudnia 2015

Kosmetyczni ulubieńcy roku 2015 według Justyny, kolorówka


To już ten czas! Czas podsumowań, wyznaczania nowych celów, czas przemyśleń...
Dobiega koniec roku i to oznacza jedno(a może kolejne?) - czas na Ulubieńców Roku okiem Justyny!


To był rok wielu zmian, o czym pisałam i jeszcze postaram się napisać szerzej. Bardzo zmieniłam swoje podejście do makijażu, jak i używanych produktów. Od długiego czasu prym wiedzie wypielęgnowana cera, ale o tym w następnym poście. Dziś o produktach, które korygowały, upiększały, podkreślały!


Twarz:
Podkład mineralny, kolorówka.com.
Mój ulubieniec. Nie zapycha, nie ciemnieje, krycie od średniego do mocnego, delikatny dla cery. Co ważne - dzięki takiemu zestawowi można stworzyć idealny odcień podkładu(jednak ja ostatnio przesadziłam :D!). Cena śmieszna, bo 29,90 zł/ 12 g! To już moje trzecie opakowanie, co o czymś świadczy.


Puder Mineralize Skinfinish Natural, MAC.
Na całą twarz, jako podkład, jako rozświetlacz, jako puder pod oczy, jako puder wykończeniowy... Bardzo uniwersalny. Ma piękne, satynowe wykończenie, które polubiła moja mieszana, z ogromnymi skłonnościami do przetłuszczania się cera. Nie zauważyłam, by zapychał, choć nie korzystam z niego codziennie. Upiększa skórę w dosłownie kilkanaście sekund, za co bardzo go lubię i nie wyobrażam sobie mojej kosmetyczki bez niego!



Puder Blot, MAC.
W użyciu już czwarte lub piąte opakowanie(!). Nie wiem, nie liczę i będę kupowała zawsze. Ciężko będzie znaleźć coś lepszego. Delikatne krycie z fajnym, długotrwałym i niepłaskim matem. Mój totalny must have! A kompletna recenzja tutaj.



Korektor Magic Concealer, Helena Rubinstein.
To mój pierwszy "poważny" korektor, nad którym gdybałam strasznie długo. Wiadomo - cena. Kupiłam go niecały rok temu na iperfumy.pl za 100 zł z kawałkiem(!). Deal roku. Świetny. Kryje dość mocno, powiedziałabym, że średnio+. Przepięknie rozświetla. Nadaje się pod oczy oraz na niedoskonałości. Niebywale lekki, multifunkcjonalny i chyba jedyny w swoim rodzaju!

Korektor Corrector, Bobbi Brown.
Mój ostatni nabytek, z którym wiąże się śmieszna sytuacja, ale opowiem o niej przy recenzji. Pełne krycie, zero obciążenia, rozświetlenie, cudowna konsystencja, idealny kolor. I kiedy sądziłam, że nie ma lepszego od Magic Concealer, to jednak muszę stwierdzić, że jest! Jestem nim totalnie oczarowana.



Rozświetlacz.
W swojej kolekcji posiadam trzy sztuki i postanawiam na nich zakończyć. Dlaczego? Każdy z nich jest inny, ale każdy spełnia moje oczekiwania i każdy lubię jednakowo mocno. Nie znajdę lepszego od nich.
Są to: Kiko, Beam of Light w odcieniu 01,
MAC, Mineralize Skinfinish w odcieniu Lightscapade
oraz MAC, Cream Colour Base w odcieniu Pearl.
Dwa pierwsze to pudry prasowane, a ostatni to produkt w kremie. W zależności od humoru i tego, co chcę osiągnąć, sięgam po inny. CCB zapewnia mi zdecydowanie najbardziej naturalny efekt, zaś efekt pozostałych dwóch jest bardzo podobny. Nie pozostawiają one żadnych drobinek, lecz piękną, lśniącą taflę!





Róż Coralista, Benefit.
Mój jedyny(!!!) róż w kolekcji. Co tu dużo mówić. Przepięknie rozświetla cerę, nadaje jej blasku, odświeża, efekt można stopniować, bardzo trwały. Poza tym cudownie pachnie... Czuję się w nim swobodnie i to zdecydowanie mój kolor.


Oczy:

Cienie.
I tutaj bez bicia się przyznaję. Lubię w sumie wszystkie moje cienie. Posiadam kilka wkładów z Inglota, z MACa, kilka Paint Pot'ów, zdepotowaną paletkę Naturally Yours od Zoeva, paletkę Essence o nazwie All About Nudes i od kilku dni paletę Semi Sweet marki Too Faced, na którą zachorowałam już dawno i nie mogłam się od niej opędzić. Próbowałam nawet zaczekać na jej odpowiednik, czyli Salted Carmel, ale to było silniejsze. Na pewno to znasz! Jest christmas time, więc czuję się usprawiedliwiona! Wracając do tematu... Nie jestem w stanie wskazać moich totalnych ulubieńców. Są cienie lepsze i gorsze. Te, których używam częściej i rzadziej, ale wszystkie mają swoje miejsce w moich makijażach i wszystkie są mi totalnie niezbędne! 




Baza pod cienie, Zoeva(matująca).
Świetna baza w bardzo dobrej cenie! Rozpisywałam się już o niej tutaj i słowo podtrzymuję. Nie zawiodła mnie jeszcze ani razu, trzyma cienie na powiece aż do demakijażu, delikatnie wyrównuje koloryt powieki. Za tę cenę? Pfiiii.

Tusz do brwi, Natural Brow Shaper 'n' Hair Touch Up w odcieniu Mahogany.
O tym produkcie jeszcze nie pisałam, ale muszę jak najszybciej. Niesamowity produkt, o którym strasznie cicho w blogosferze. Ostatnio śmiałam się, że to wina tego, że Bobbi Brown nie robi komerchy siłą bloggerek. Może i dobrze? Odkryłam go przez przypadek i jestem zauroczona! Robi brwi w kilka sekund. Nie tworzy smug, lecz podkreśla same włoski, nawet te najkrótsze!


Zalotka, Inglot.
Jeśli chodzi o akcesoria, to zalotka jest dla mnie chyba tym najważniejszym. Kilka sekund i pojawia się burza rzęs! Używam bodaj od podstawówki, a w te wakacje zamieniłam wreszcie tę totalnie zblazowaną na coś lepszego - inglotowską. Jestem z niej bardzo zadowolona i nie mam się totalnie do czego przyczepić. Myślę, że posłuży mi dłuuuuugie lata!



Pędzle:

Niełatwo wybrać, ale moim ulubieńcem do oczu jest Sigma E25. Można nią zrobić tak naprawdę cały makijaż. Cudownie rozciera cienie, tworzy pożądaną chmurkę, nie gubi włosia, jest delikatna, nie drapie. Myślę, że świetnie sprawdziłaby się(tak, to dziewczyna!) jako pędzel do roztarcia pudru pod okiem, czy korektora, ale oszczędzam ją do blendowania. Makijaż bez niej, to ciężki do wykonania makijaż!
Muszę, po prostu muszę wskazać jeszcze jeden pędzel. To MAC 130. Pierwszy pędzel, który udowodnił mi, że nakładanie czegokolwiek na twarz może być przyjemne. Jest on tak delikatny i miękki, że jeśli nie miałaś go w dłoni, a w sumie na twarzy, ciężko będzie Ci to pojąć. Byłam przekonana, że pędzel Buffing Brush marki Real Techniques jest miękki i delikatny, ale to, z jakiej strony pokazał się MAC, przebija wszystko! To mój pierwszy pędzel tej marki i raczej w kwestii pędzli do twarzy tak zostanie, bo mam ochotę przyjrzeć się bliżej marce Sigma, jednak osławionej 217 - tki nie odpuszczę mimo wszystko!





Usta:

Pomadka Twig, MAC.
Mimo tego, że rzadko stawiam na usta, to ta pomadka w tym roku stała się moją ulubioną! Po fazie wstępnego zachwytu Hug Me, staruszek jednak ją wyparł. Jest długotrwała, satynowa, równomiernie schodzi z ust, bardzo łatwo się ją aplikuje, nie podkreśla suchych skórek i ten kolor... Niby nic, a jednak coś! Jeśli chcesz wiedzieć o niej więcej, zajrzyj tu.



Sporo tego wszystkiego, prawda? Ale cieszę się, że znalazłam gromadkę produktów, na które zawsze mogę liczyć i które nigdy mnie nie zawiodą!


A z okazji świąt, które lada chwila...




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Twoje zdanie też ma znaczenie i z chęcią je poznam :). Pamiętaj, by nie obrazić nikogo, tego nie będę tolerować.