Strony

środa, 16 września 2015

Ulubione bibułki matujące, czyli błysk pod kontrolą



Nie wszystkie, lecz większość z nas ma problem z przetłuszczającą się buzią, która po kilku godzinach wygląda jak wysmarowana olejem, a makijaż, który nakładałyśmy przez 40 minut spłynął sobie do doliny zapomnienia... Co wtedy? Nakładać wszystko od nowa? Przypudrować buzię? Otóż nie! Użyć bibułki matującej!

Bibułki matujące okryłam już daaawno. Bodaj, że na początku gimnazjum. Używałam namiętnie tych marki Wibo, które teraz nie mają u mnie jakichkolwiek szans. Są cienkie, niewielkie, bardzo mało chłoną - żeby zmatowić całą buzię, musiałabym użyć około 5/6 sztuk(!), zatem jeszcze nieekonomiczne.

Czego właściwie oczekuję od bibułek matujących?
1) Zmatowienia buzi na(przynajmniej) 3 godziny.
2) Przyzwoitej wydajności.
3) Naturalnego efektu, bez dokładania jakichś dziwnych warstw.
I to tyle.

Do tej pory znalazłam 3 marki, które oferują to, czego szukam: Oriflame, Palladio, Inglot.

Bibułki matujące od Oriflame są niewielkie, lecz potrafią wchłonąć bardzo dużo sebum. Nie posiadają warstwy pudru, więc jeśli zależy mi na najbardziej naturalnym efekcie, bez obciążania skóry stawiam na nie. Dwie chusteczki wystarczą, by dokładnie usunąć błysk z miejsc, w których nie powinno go być. W promocji można zakupić je za 5/10 zł(zależnie od rodzaju promocji). Są bardzo wydajne. Matowią skórę na około 3 godziny. Jedyny minus tyczy się opakowania - czasem ciężko wyciągnąć tylko jedną bibułkę, w wyniku czego wydostają się z niego np. dwie, lecz przy takim działaniu wybaczam! Oczywiście, jak widzicie na zdjęciach kartonik posiada nalepkę, która pomaga nam w wydostaniu jednej bibułki, ale to taki pic na wodę. Najpierw działa, a gdy klej już "wyjdzie", nie.
Cena: 19,90 zł/ 50 szt. 











Bibułki matujące od Palladio to moje wielkie odkrycie! Stworzone z papieru ryżowego, dwustronne - po jednej stronie mamy czysty papier ryżowy, a po drugiej papier z pudrem ryżowym. Jeśli potrzebuję delikatnego zmatowienia - używam "czystej" strony, a jeśli zależy mi na porządnym macie - korzystam z tej "pudrowej". 
Uwielbiam je przede wszystkim dlatego, że jedna bibułka wystarczy, by zmatowić całą twarz! Do tego to użytkownik panuje nad efektem końcowym - już nie trzeba chodzić z pudrem w torebce :). Opakowanie jest bardzo wygodne - każdą sztukę wyciągamy pojedynczo, a kolejna "automatycznie" ukazuje się naszym oczom ;). Efekt utrzymuje się przez 4 godziny.
Cena: 14,99 zł/ 40 szt.






nie testowane na zwierzakach - BRAWO!
strona z pudrem ryżowym


"czysta" strona





Ostatnie, najmniej przeze mnie używane(zaraz napiszę dlaczego) są bibułki od Inglota.
Śliskie, z pudrem, o niewielkim rozmiarze. Tak mogłabym je krótko scharakteryzować. Są najbardziej wydajne z całej trójki, lecz matują zbyt mocno i to wcale nie przekłada się na ilość czasu bez poprawek. Absolutnie nie bielą, ale mat jaki uzyskujemy z ich udziałem jest najzwyczajniej płaski, niezdrowy. Jedna bibułka wystarcza na dwa użycia(!).
Jeśli w torebce mam tylko bibułki od Inglota, zawsze po ich użyciu spryskuję twarz wodą termalną lub przykładam do niej delikatnie(!) wilgotne dłonie. Przy opakowaniu również popsioczę... Dzieje się to samo, co przy tym z Oriflame. Jeśli chodzi o siłę matowienia - do kolejnej poprawki mamy około 3 godzinki.
Cena: 29 zł/ 50 szt.





A to mnie zdziwiło! Inglot i "Made in Japan"!



Jeśli miałabym wskazać mojego faworyta... Zdecydowanie Palladio! Uniwersalne, wydajne, niedrogie, a opakowanie nieirytujące. Nie znalazłam ich nigdzie stacjonarnie, więc problemem może być dostępność, ale zdecydowanie warto pokusić się w ich przypadku na zakupy online! :)



A Wy? Używacie bibułek matujących, czy pudrujecie się w ciągu dnia? Jakich macie ulubieńców?




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Twoje zdanie też ma znaczenie i z chęcią je poznam :). Pamiętaj, by nie obrazić nikogo, tego nie będę tolerować.